Punktem wyjścia wystawy jest kolekcja zdjęć Greene’a, fotografa i bliskiego współpracownika Marilyn Monroe. To właśnie podczas tej współpracy aktorka odzyskała kontrolę nad własnym wizerunkiem, zrywając kontrakt z wytwórnią 20th Century Fox i zakładając własną firmę producencką. Prezentowane fotografie pokazują ją nie jako hollywoodzką legendę, ale kobietę – swobodną, naturalną i świadomą swojej obecności przed obiektywem.
Tytuł wystawy „Marilyn Monroe. Czuję, że ją znam, ale czasem moje ręce wyginają się do tyłu” został zaczerpnięty z kultowej sceny serialu Twin Peaks. To nie tylko odniesienie do twórczości Davida Lyncha, ale przede wszystkim zaproszenie do spojrzenia na Marilyn jako postać wymykającą się jednoznacznym interpretacjom – istniejącą na przecięciu pamięci, reprodukowanych obrazów, powielanych narracji i zbiorowych wyobrażeń. Tak jak w serialu Davida Lyncha, również wystawa nie prowadzi do jednej odpowiedzi, lecz zachęca do odkrywania kolejnych tropów i własnych interpretacji.
– Obraz fotograficzny nie jest obiektywnym zapisem rzeczywistości, jest jej interpretacją. Podstępną, bo podwójną. Najpierw interpretuje fotograf, potem każda z patrzących osób – wskazuje współkurator wystawy Łukasz Rusznica.
Historia kolekcji jest niemal tak niezwykła jak losy samej Marilyn Monroe. Po śmierci Miltona H. Greene'a jego archiwum przez lata pozostawało niedostępne dla publiczności. Dziś część tej wyjątkowej kolekcji znajduje się we Wrocławiu, gdzie historyczne fotografie zestawione zostały z pracami współczesnych artystów podejmujących tematy kultury celebryckiej, sztucznej inteligencji, cyfrowego nadzoru czy ekonomii wizerunku. Dzięki temu wystawa nie jest biografią Marilyn Monroe, lecz opowieścią o tym, dlaczego jej postać wciąż pozostaje aktualna.
– Prezentowane na wystawie prace pomagają w analizie kulturowego mitu stojącego za hollywoodzką gwiazdą, ukazując ją nie tylko jako symbol seksu, ale przede wszystkim ofiarę patriarchalnego społeczeństwa – podkreśla współkuratorka Natalia Barczyńska.